Blog Kulinarny GdzieZjesc.info - Porozmawiajmy o jedzeniu - Gotowanie - Podróże kulinarne

Foodtrucki w Polsce – kochać, czy nienawidzić? Polski vs. Amerykański foodtruck.

Jest słoneczne popołudnie, kiedy nad Warszawską Wisłą tłum spacerujących i imprezujących osób z godziny na godzinę coraz bardziej się zagęszcza. Obok nadwiślańskich plażowych lokali natychmiast pojawiają się foodtrucki. Jest ich całkiem sporo, bo to jasny hot spot do zarabiania pieniędzy. Jednak tylko część foodtrucków okazuje się rokująca jeśli chodzi o zyski. Dlaczego? No właśnie – już po chwili można zauważyć ogromną różnicę między polskim, a chociażby amerykańskim podejściem do foodtrucków, co szybko przekłada się na ich rygorystyczną ocenę – albo je pokochasz, albo znienawidzisz.

Polski vs. Amerykański foodtruck

POLSKA: Ludzie dla foodtrucków, a nie na odwrót.
Wszyscy znamy zloty foodtrucków odbywające się przez całe lato – ich lokalizacja niestety często ma się nijak do faktycznego zapotrzebowania na nie. Samochody z jedzeniem rozkładają się z dala od tłumów licząc na to, że ludzie specjalnie przyjadą na Stadion, czy też w inne często jeszcze bardziej oddalone od centrum miejsce, właśnie po to by zjeść jedzenie z samochodu. Promowanie wydarzenia na Facebooku ma być jedynym sposobem na przyciągnięcie tłumów, bo w końcu to ludzie chcą zjeść na papierowym talerzyku, a nie jest to mechanizm odpowiedzi na brak lokali z jedzeniem w okolicy.

AMERYKA: Foodtrucki informują, gdzie danego dnia się rozkładają, ale zlot jedzenia na kółkach jest odpowiedzią na zapotrzebowanie klientów. Właśnie dlatego zdarza się, że jedna z głównych ulic w Nowym Jorku lub też wielki park znajdujący się tuż przy biurach są przepełnione w południe jedzeniem na kółkach. Tu jedzenie jest dla ludzi – przerwa na lunch, schodzą, jedzą, wracają do pracy. Rozgrywki sportowe w centrum miasta? Znów to samo – samochody z jedzeniem po prostu są tam, gdzie są potrzebne. Nawet jeśli jest to miejsce, gdzie akurat jest ogromny remont metra i pracownicy budowy oraz przechodnie będą chcieli na szybko coś przekąsić.

IMG_3785POLSKA: Oczekiwanie na zamówienie przeradza się w podwójny głód.
Jeśli już dotrzemy do miejsca, gdzie trafiliśmy na foodtrucki, czas oczekiwania w kolejce potrafi się niemiłosiernie dłużyć. Tempo obsługi jest często bardzo wolne, mimo iż samochodów jest spora ilość – po prostu nikt tutaj nie spieszy się z przyjęciem zamówienia, skoro i tak ludzie już stoją w kolejce.

AMERYKA: Na przyjęcie zamówienia – choć stoi się w kolejce po kilkadziesiąt osób – nie czeka się dłużej niż kilka minut. To machina, która funkcjonuje po to, by zarabiać, a nie bawić się w nieudolne prowadzenie małego punktu żywieniowego.

POLSKA: W trzy miesiące zarobię na cały rok.
Ceny dań oferowanych w polskich foodtruckach potrafią mocno zaskakiwać – są często tak wysokie, jak ceny dań w restauracjach, które oferują nie tylko obsługę, wygodne miejsce do zjedzenia, ale też sztućce i naczynia inne niż plastikowo-tekturowe. No cóż, otworzyłem foodtrucka – chcę zarobić przez lato na cały rok, prawada?

AMERYKA: Ceny dań oferowanych w samochodach z jedzeniem są niższe niż w restauracjach. Oni rozumieją, że to nie to samo, a zarabia się na ilości zadowolonych gości, a nie na wysokich rachunkach.

POLSKA: Długi weekend, chmurka na niebie? Zamykamy!
Wielu polskim foodtruckom wystarczy jedna chmurka na niebie, przelotny deszcz, albo długi weekend, by wzięły sobie wolne. Po co pracować, skoro na pewno nic nie zarobimy. Ludzie z pewnością nie wychylą nosów z biura, domu, więc się nie przepracowujmy. Dobrą ściemą będzie informacją, że „w długi weekend nie ma dostaw świeżych ryb, mięsa, itd.” – niby dbamy o klientów, a realnie robimy sobie pełen relaks. W końcu w dzisiejszych czasach świeża ryba w sklepie przed i w trakcie świąt to faktycznie problem.

AMERYKA: Tu się pracuje moi drodzy, nie obija! Deszcz minie, a długi weekend to rodziny z dziećmi – nie ma przerw, bo sezon należy wykorzystać na zarobek w pełni. Jedyna przerwa to zmiana lokalizacji na jeszcze lepszą, by na koniec dnia dochód był zadowalający.

IMG_3786POLSKA: Skończyły mi się bułki – znów wolne! Czyli logistyka leży i kwiczy.
„Potrzebuję dostawcy, który raz na kilka dni dostarczy do mojego foodtrucka 30 bułek”, „jaka firma dostarcza papierowe talerzyki do foodtrucków?” – tego typu pytania na forach, to norma. Przeraża mnie że ktoś, kto prowadzi taki biznes nie rozumie, że nie jest księciem i że logistyka to część jego pracy. Zaopatrzenie w bułki, talerzyki i inne cuda nie wymagają „specjalnej firmy” – trzeba się wziąć w garść i wstać dwie godziny wcześniej, by zaopatrzyć furę we wszystko to, co jest potrzebne do sprzedaży. Logistyka w trakcie sprzedaży, też jest potrzebna – zostało Ci 7 bułek, a rano miałeś 30? Dzwoń po kolegę, by dowiózł Ci kolejne – zapłać za to i zarabiaj dalej, a nie zamykaj znów samochód i do domku po „ciężkim” dniu.

AMERYKA: Samochody z jedzeniem na kółkach potrafią działać od 7 rano do późnych godzin wieczornych bez przerwy – zamówienia robione są na bieżąco, a załoga dba o to, by jakiś produkt nie „wyszedł” i przerwał ciągłości pracy. Po raz kolejny – to jest biznes, nie zaawa!

POLSKA: Skoro już zamówiłeś, to czekaj. Długo czekaj!
W kolejce szczęśliwie stało tylko 3 osoby – zamawiasz, czekasz. Ale pan informuje, że poczekasz około 40 minut. Dlaczego? Bo mają tylko jednego grilla/frytkownicę/garnek/cokolwiek. Właściwie to z domu od mamy jedną patelnię pożyczyli, więc troszkę wolno im to idzie. Nie radzą sobie ze składaniem buły, ale spokojnie – ty czekasz. Przecież to foodtruck, a nie fast food. Nie mylić proszę!

AMERYKA: Sprawnie zamówione, sprawnie podane – mimo tłumów. Wystarczy przez chwilę popatrzeć, jak uwijają się ludzie szykujący jedzenie w samochodzie. Tam każdy ruch, krok i działanie ma swój cel i jest jak jeden dobrze funkcjonujący mechanizm. Tu wszystko kręci się znów dla klienta – w końcu jego zadowolenie, to kasa dla biznesu.

POLSKA: Spalił się foodtruck – ratujcie!
Zalało Ci mieszkanie, miałeś stłuczkę samochodem – stajesz na środku drogi i zaczynasz płakać lamentując, by przechodnie pomogli Ci finansowo. Wydaje Ci się to śmieszne? Nie! Spalił mi się foodtruck – pomóżcie, dotujcie! – takie wpisy ostatnio pojawiły się na Facebooku. Na argument o ubezpieczeniu samochodu przed rozpoczęciem biznesu, uczestnik rozmowy został zbesztany, żeby nie mówił, jak inni mają prowadzić swój interes. No cóż, coś w tym jest – każdy może się ubezpieczyć lub nie, to ich wybór. A ludźmi z pieniędzmi wyborem będzie dotować taką osobę lub nie.

AMERYKA: Nie ma o czym dyskutować – to mój biznes, zacząłem od ubezpieczenia, bo wyposażenie foodtrucka za dużo mnie kosztowało, bym ryzykował. Takie zdanie usłyszycie od większości właścicieli samochodów z jedzeniem.

Polski: Ojej, nie poszło mi! To wina ludzi!
Po trzech miesiącach już wiadomo, czy pieniądze włożone w ten biznes się zwrócą choć w części, czy realnie prowadzący restaurację na kółkach wpadł w jeszcze większe długi. Czy się promował? Nie, bo po co! Czy dbał o zaopatrzenie? Nie, bo wystarczy że ma 10 bułek. Czy smakowało gościom? Nie pytał. Czy o 20 jechał do domu, bo już mu się nie chciało pracować? No jasne, nie po to ma swoją firmę, by się przepracowywać. Dlaczego biznes nie przyniósł oczekiwanych zarobków? To wina ludzi! Na pewno ludzi! Nie moja!

AMERYKA: Ludzie znają foodtrucki i ich pracowników. Wielokrotnie w ciągu miesiąca wracają do tych samych, bo wiedzą, że tam zostaną w pełni dobrze obsłużeni. Biznes foodtrucków jest równie ryzykowny tu, jak i w naszym kraju, ale ludzie wiedzą, że należy zakasać rękawy do pracy, bo inaczej nie ludzi będzie wina za porażkę, ale ich samych. Dlatego UŚMIECH, PEŁNA DOSTĘPNA I SMACZNA OFERTA i SZYBKIE PYTANIE – cześć, na co masz dziś ochotę?

Smacznego 🙂

I miłego oglądania fotek – głównie amerykańskich foodtrucków, byście mogli zobaczyć, że między nimi, a naszymi jest póki co poważna przepaść:

Powiedz nam co sądzisz o tym artykule: